Przegrał zakład z kretesem, a mi zostało tylko śmiać się głośno, byle mnie cały kampus usłyszał i w każdy zakątek dotarła informacja, że oto nasz najmężniejszy z mężnych, samiec alfa szkoły, pan testosteron wypływa mi z moich stringów, skończył w cudownym różu, który widać było z drugiego końca szkoły. Karma i los wyjątkowo były ostatnimi czasy po mojej stronie, a Oakley przez dobre kilka dni wyklinał mnie głośno, budził mnie, gdy szedł spać, czyli w sumie koło czwartej nad ranem, no i przede wszystkim zarzekał się, że nie będzie chodził na zajęcia, a ja mam mu przynosić wszystkie potrzebne notatki od towarzyszy z jego klasy, podczas gdy on będzie jęczał i płakał w łazience. Mamo, wyglądam jak landryna!
Plotki ploteczki rozeszły się niezwykle szybko i wiadomość, że kolor przewodni mojego smerfa się zmienił, już dnia następnego huczała, przedzielana zdobywaniem przemielonych już informacji przez Herę, która musiała wiedzieć wszystko, zaraz, teraz, w końcu gorący stek bzdur do gazetki nie może się zmarnować.
W tym wszystkim sterczałem ja, aktualnie babrzący się nad szkicownikiem, bo wpadł nowy pomysł na wzór, wcale nie zainspirowany naszą Landryneczką, gdy nagle rozmyślania przerwało mi potrójne stuknięcie w drzwi. Ściągnąłem brwi. Nivan nie pukał, Hopecraft do niego nigdy nie przyłaził, Renee prędzej wyważyłaby drzwi, a reszty nie znałem, no nie licząc...
Wandy, która to sterczała przed wrotami, o czym przekonałem się po otworzeniu ich. Uśmiechnąłem się do dziewczyny, która widocznie była dość zbita z tropu, jakbym wcale tu nie mieszkał.
— Hej, hej, wchodź, Nivana, póki co nie ma, ale powinien się zjawić za jakieś — nigdy — piętnaście do dwudziestu minut. — Posłałem jej złocisty uśmiech, otworzyłem szerzej drzwi i zaprosiłem ruchem dłoni. Wyglądała nietypowo, opatulona w kocyk, z ciachem i skarpetkami nie do pary. Rozwiany włos, zmarszczone czoło...
Oho.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz