niedziela, 18 lutego 2018

Love Yourself [4]

— Cudna, dziękuję bardzo. — Uśmiechnąłem się szeroko na słowa dziewczyny, bo w końcu kamień z serca, podobała jej się, nie uniosła z pokpiwaniem brwi i nie prychnęła pod nosem na widok brązowych śladów po napoju kofeinowym. No, a takie wypadki już się zdarzały. Jej uśmiech tylko upewnił mnie w przekonaniu, że nie było źle, może nawet podchodziło to pod całkiem dobrze.
Po chwili dziewczyna wyciągnęła swoją kartkę, czystą, białą schludną, ozdobioną tylko i wyłącznie krótkim poematem, białym wierszykiem, jak zwał, tak zwał. Uniosłem brwi i przyjąłem tę legendarną, tradycyjną i wymaganą przez samorząd walentynkę, by uważnie przejechać wzrokiem po starannie zapisanych literach.
Wydałem z siebie pomruk zadowolenia, któremu towarzyszył powoli wlewający się na poliki rumieniec, nawet nie musiałem się widzieć, po prostu czułem, jak fala ciepła uderza mi do głowy, a odrobina ciśnienia rozsadza mi bębenki.
— Jest wspaniała, jejkuniu cudownachny — zaśmiałem się głośno, dotykając wierzchami dłoni policzków i zerkając na dziewczynę spomiędzy zmrużonych oczu. Przecież nawet najprostsza kartka była czymś wielkim, bo w końcu ktoś poświęcił czas, no i odrobinę siebie, żeby tylko wtłoczyć na papier swoje myśli. — Przepraszam, wyglądam pewnie jak dorodny pomidorek, ale naprawdę, aż się zawstydziłem od tych miłych słówek i doboru wyrażeń — dodałem, poklepując delikatnie skórę twarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis