niedziela, 18 lutego 2018

Deja vu [5]

— Jeśli lubisz owoce leśne lub czarną porzeczkę, to mam, jeśli nie, to możemy do ciebie iść, ale i tak bym musiał na chwilę wpaść do siebie, bo nie chcę znowu tak wpadać bez niczego i ci wszystko wyjadać — odpowiedział, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. To całkiem miłe, choć niespodziewane wypady, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam rudzielca, wtedy też było miło. No, tylko następnym razem mogą się obyć bez krwi i bandaży. — Ewentualnie możemy zebrać jakiś termos z herbatą, jedzenie i udać się w plener, koło biblioteki czy coś. Mi to obojętne — dodał po chwili, a mi powiększył się uśmiech, oczy zabłyszczały, a policzki nabrały rumieńców z ekscytacji, bo one musiały się rumienić od dosłownie wszystkiego. Przynajmniej różu nie musiałam używać.
— Taaak, jesteś genialny — krzyknęłam, podskakując. — To ja pójdę do kuchni zrobić kanapki, a ty po herbatę, chętnie spróbuję tej o smaku czarnej porzeczki i za 15 minut się zobaczymy przed budynkiem — dodałam i odbiegłam odhopsałam od chyba trochę zbitego z tropu, chłopaka. Lecąc do kuchni, pomyślałam jeszcze, że trzeba pójść do pokoju po kocyk, żeby było na czym siedzieć, chociaż w sumie trawa przecież aż taka zła nie była.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis