Wpadłem w sam środek przedstawienia, którego scenariusz wołał o pomstę do nieba. Chora, zakatarzona, kaszląca i czerwona od gorączki Van wrzeszczała ledwie na Herę, która w sumie nic sobie z tego nie robiła. Sądząc po ilości oburzonych osób, które przyszły dzisiaj do sekretariatu uczniowskiego, nie tylko niziołkowska otrzymała dodatkowe zaproszenie (dosłownie nie do odrzucenia) do uczestnictwa w zabawie. Szkoda, że zostali poinformowani po fakcie. Stałem przed drzwiami, zastanawiając się czy wejść, czy nie wejść, bo czerwonowłosa tylko na moment wypadła z mieszkania, machając mi na pożegnanie i uciekając z szeptem, że ma randkę z Varenem, więc mam się dobrze Van zająć.
W końcu postanowiłem zadzwonić dzwonkiem do drzwi, poprawiłem rękawiczki, uśmiechnąłem się i miałem nadzieję, że z dziewczyny znikła większa część nerwów czy napięcia.
— Hera, do jasnej cholery, czy człowiek może mieć sekundę spokoju bez twojego wiecznego wpychania wszędzie swojego wścibskiego nosa i ustawiania wszystkich dookoła siebie jak małe cholerne kukiełki, bo zgadnij co, może o tym nie wiesz, ale nie jesteś kurwa królową świata. — Zamrugałem, widząc przed sobą zawiniętą w kocyk jak naleśnik nastolatkę. — Oh, James. — Zarumieniła się lekko, otwierając szerzej drzwi. — Wchodź. — Wszedłem do środka z przepraszającym uśmiechem, aż w końcu wylądowaliśmy oboje w salonie, po przeciwnych rogach kanapy. Położyłem obok przygotowaną torbę.
— Wiem, że Hera namieszała, a ty jesteś chora, ale mam podręczny bagaż ratunkowy — wyjaśniłem nieco zmieszany. — Mam ciastka, popcorn, stos seriali na DVD i nawet podręcznik jak się robi origami z chusteczek — powiedziałem z dumą. — Więc co powiedz, Van, żeby jednak przeżyć walentynkową randkę? — spytałem dziewczyny ze słabym, nieco nadal zawstydzonym uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz