Zatańczyć.
Słowo odbiło się echem w mojej głowie, przeleciało po niej kilka razy, a na koniec wpadło do dołka, który wywołał u mnie dreszcze i zimny pot. No tak. Impreza, co za tym idzie, taniec. Przecież to takie oczywiste, jedno wynikało z drugiego. Odetchnąłem. Jeśli będzie dalej drążyć temat, odmówię, proste? Proste. Jednak nie prosiła, bo zanim zdążyłem wszystko przemyśleć, zmieniła swoje centrum zainteresowania dwukrotnie. Pierw bawiąc się włosami, następnie oglądając kółko różańcowe, które zleciało się w jednym miejscu. Ulga.
Zanim rzuciła kolejną propozycją, pociągnąłem ją do barku, gdzie w przeciwieństwie do wszystkich, sięgnąłem po najzwyklejszy w świecie sok. Tak, soczek. Szukałem wzrokiem Alexa, by w razie czego, mieć gdzie uciec. Znalazłem go. Wręcz bijącego się z jakąś kotowatą. Dobrze, nie mam gdzie uciec. Odwróciłem się do Hanabi. Gęsto, grząsko, nieprzyjemnie. Cholera jasna, jestem sztywny [niczym mój drogi przyjaciel na widok dyrektora tego burdelu] i nigdy nie umiem zarzucić tematu, zagaić rozmowy, czegokolwiek. Nowa piosenka zabrzmiała. Fioletowe oczy błysnęły, a może to tylko refleks światła? Dziewczyna spojrzała na mnie z uśmiechem od ucha do ucha.
— Uwielbiam tę piosenkę! — Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, jakimś cudem wyciągnęła mnie na "parkiet" o ile parkietem można nazwać przepełniony osobami salon, rozmiarów dwa na dwa z meblami. Bujała się delikatnie w rytm wolnej piosenki. Taniec na odległość wyprostowanych rąk, normalnie jak w podstawówce. Nie ruszałem się, tylko wpatrywałem z przerażeniem w dziewczynę, bądź otoczenie.
To nie była przestronna, biała sala, tylko małe, studenckie mieszkanie. Tu nie było ściany luster, a jedno, drobne w łazience. Tu nie było poręczy, tylko czyste, puste półki. Śladów butów na szarej podłodze. Nie było tutaj potu, tylko wylany alkohol. Nie było wspomnień krwi i łez, jedynie zawartości żołądkowej jednego z uczestników imprezy. To nie było to.
Nawet ja nie byłem mną. Nawet moje stopy nie były stopami. Były łapami. Obrzydliwymi, wielkimi łapskami, które odebrały mi radość z życia.
— Co jesteś taki sztywny? — Zawołała przez muzykę, która mimo, że wolna, dalej była cholernie głośna. Złapała mnie za dłonie, zbliżyła się, postarała mną poruszyć. Chociaż trochę. Ociupinkę. — No dalej, baw się! To impreza, a nie spotkanie z królową! Masz się po prostu zabawić! — Właśnie wtedy, te banalne słowa, złamały we mnie pewną barierę. Pierwszą z wielu. Wystarczyło tak niewiele. Lekki kuksaniec, a jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszelkie wątpliwości odeszły na bok. Dlaczego to robiłem? Bo sprawiało mi to radość, bo szczerze to uwielbiałem? Dlaczego tego zaprzestałem? Bo myślałem, że mutacja mi to odebrała, podczas gdy ja, nawet nie spróbowałem.
Powolne przybliżanie się, by w końcu stanąć w dogodnej pozycji, a następnie zacząć powoli prowadzić partnerkę po parkiecie. W małych odstępach, luźno, delikatnie. To nie był pokazowy walc, a zwykłe bujanie się w rytm muzyki, połączone z delikatnymi piruetami Hanabi. No i robiłem to. Po roku przerwy, po roku płaczu, po roku krzyczenia w lustro głosem przepełnionym nienawiścią. Tańczyłem. Nie tak jak kiedyś, ale jednak.
— Dziękuję — rzuciłem, zdając sobie sprawę z tego, że nie wie, za co. Jednakże dziękowałem jej. Dziękowałem z całego serca, bowiem przywróciła mi siłę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz