— Nie, Alex, ja nie chcę, nie, no proszę, nie, błagam. Dlaczego tam idziemy, proszę, nie — łkałem jak najęty, gdy białowłosy wytargał mnie z akademika i nieubłaganie ciągnął mnie w miejsce, gdzie zginę, umrę, przepadnę. Parapetówka u wielkiej, strasznej, grożącej rozczłonkowaniem, Hery. Nienawidzę cię Lee, nienawidzę jak psa.
Oczywiście musiał mnie ubrać, jak dzieciaka i ciągnąc za ogon, doprowadzić do mieszkania, gdzie bardzo nie chciałem być. Pomocy?
Czerwone kudły zawirowały przed twarzą, ciepłe ręce wepchnęły w łapki kubki i karteczki. Zniknęły jeszcze szybciej niż się pojawiły, podobnie, jak błękitne oczy mojego towarzysza, który wkręcił się już w wir zabawy. Jest zbyt szybki, nawet jak dla mnie.
Wycofanie się w tym momencie brzmiało bardzo kusząco, głównie dlatego, że, no, nie lubiłem takich spotkań? To znaczy lubiłem, tylko... nie z nadnaturalnymi w roli głównej.
W drzwiach stanęli kolejni uczniowie, a mnie wepchnięto do środka z brakiem możliwości odwrotu. Cudownie.
"Hanabi".
To ta z mojej klasy? Nietypowa, fioletowe włosy, rozmiar stanika większy od IQ większości populacji. Westchnąłem cicho. Nie wydawało mi się, żeby ten wieczór był spełnieniem moich marzeń. Zdecydowanie nie.
Odstawiłem kubek z alkoholem i podparłem ścianę, szukając wzrokiem mojej towarzyszki. Podejdę, jeśli się pojawi, tak, podejdę, a Alexa zabiję, zaraz po imprezie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz