piątek, 22 września 2017

[EP] Od Amadeusza, CD Heather

Wręcz natychmiastowo zareagowałem krótkim "słucham", kiedy usłyszałem dźwięczne zawołanie, które wypłynęło spomiędzy pełnych warg. Zacięcie się płyty, nagły podryg, skrucha w oczach, a to wszystko wykonane w tempie niezwykle zawrotnym, nieco zrzucającym mnie z "torów". No, a potem komplement odnoszący się do mojego imienia. Nie mogłem ukryć rumieńców, które pojawiły się tak nagle, podpierane dodatkowo promilami płynącymi wraz z krwią. Roześmiałem się delikatnie, nie wiedząc jak inaczej zareagować. Podchmielony uśmiech majaczył mi na ustach, zmrużone oczy skierowane były na towarzyszkę, która dalej wydawała się nieco podpsuta przez swoje słowa.
— To miłe, dziękuję. Wiesz, większość osób śmieje się, że rodzice mnie chyba nie kochali — żachnąłem się, próbując nieco rozwiać nieprzyjemne napięcie. Rozgrzane policzki piekły, paliły, mimo tego, że co chwilę smagały je chłodne podmuchy wiatru. — Ty za to nie tylko imię masz piękne.— Przytknąłem usta do szklanki, przechyliłem nieco naczynie. Kiedy wargi napotkały ciecz, dotarło do mnie co tak właściwie powiedziałem i w jak głębokim bagnie teraz się znalazłem. Alkohol prawie poleciał mi nosem, gdy wstrząsnęło mną znaczenie tych słów. No, Amadeuszu, żeś się popisał, niechaj cię chudy byk weźmie.
Odwróciłem wzrok niczym zbity pies, miałem wrażenie, że gdy spojrzę na uczennicę, zapadnę się pod ziemię, albo spotkam się ze wzrokiem, który krzyczał wręcz "co za psychol".
Cisza, niekomfortowe milczenie. Było cholernie gęsto. Nieprzyjemnie. Dopiliśmy alkohol, a po krótkiej propozycji wrócenia do środka ze względu na coraz bardziej doskwierające zimno, wparowaliśmy do mieszkania. Potrzebowałem zapalić. Paczkę, albo i dwie. Impreza zaczynała przygasać. Część ludzi wyszła, inni spali gdzie popadło, resztka dopijała alkohol i konwersowała na nadzwyczaj dziwne tematy.
— Tak, wspaniale ich przypilnowaliśmy z Nibyłowskim — westchnąłem, ni to do Heather, ni to do siebie. Uznajmy, że do przestrzeni. Wyciągnąłem telefon, a gdy zobaczyłem godzinę, która zdążyła już nastać, porządnie mnie wcięło. Stać mnie było tylko na nagłe zassanie powietrza. — Cholera, jak późno... a raczej wcześnie. — Odwróciłem się do towarzyszki, zagryzając nerwowo dolną wargę, która przesiąknięta była smakiem napojów wysokoprocentowych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis