Słońce co prawda prażyło cieplutko, ptaszki ćwierkały, rośliny kwitły, ale powietrze było przeraźliwie duszące, pokoi nie dało się wywietrzyć, a ja aktualnie znajdowałem się na dworze, starając się zebrać pomniejsze kwiatki i prostsze do znalezienia rośliny do najlepszego eksperymentu. Dostałem pracę, staż, gwarancję studiów? Jakby to właściwie powiedzieć? Dostałem szansę i zamierzałem ją wykorzystać, a gdzie mnie to zaprowadzi, to inna kwestia. Na razie jeden wygrany konkurs alchemiczny za mną uzmysłowił mi, że powinienem na poważniej zająć się tą dziedziną i skończyć z dziecięcymi wygłupami.
A to oznaczało jeszcze więcej teorii niż praktyki, bo do tej pory moje eksperymenty bazowały na luźnym łączeniu składników o podobnych właściwościach w celu wzmocnienia lub osłabienia efektu. Utrwalacze robiły swoje, ale chciałem stworzyć coś własnego, przerabianie cudzych mikstur nie było ani trochę już zajmującą dziedziną. A tak? Dobrać składniki, zdecydować o przeznaczeniu eliksiru, powoli dobierać poprawki, aby uzyskać jak najodpowiedniejszy skład. To wszystko było przede mną i nie mogłem się doczekać, żeby w spokoju spróbować. A może nawet dać się ponieść i jednak nadchodzący sukces pozostawić wyłącznie ślepemu losowi?
Kto wie.
Kto wie.
I właśnie wtedy lunął deszcz. Wychyliłem się zza drzewa, spoglądając na rozglądającą się znajomą twarz, która jeszcze niedawno prawie nie miała nigdy wrócić. Mieliśmy jednak pewne niedokończone sprawy, zwłaszcza po akcji z przerzucaniem do ściany, więc tylko podniosłem się, złapałem ją za rękę i zaciągnąłem w stronę pracowni alchemicznej.
— Musimy pogadać. — Tak, wtedy użyliśmy tych samych słów, co aż bolało.