Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heather znaczy Sarah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heather znaczy Sarah. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 kwietnia 2018

Heather znaczy Sarah [1]

Słońce co prawda prażyło cieplutko, ptaszki ćwierkały, rośliny kwitły, ale powietrze było przeraźliwie duszące, pokoi nie dało się wywietrzyć, a ja aktualnie znajdowałem się na dworze, starając się zebrać pomniejsze kwiatki i prostsze do znalezienia rośliny do najlepszego eksperymentu. Dostałem pracę, staż, gwarancję studiów? Jakby to właściwie powiedzieć? Dostałem szansę i zamierzałem ją wykorzystać, a gdzie mnie to zaprowadzi, to inna kwestia. Na razie jeden wygrany konkurs alchemiczny za mną uzmysłowił mi, że powinienem na poważniej zająć się tą dziedziną i skończyć z dziecięcymi wygłupami.
A to oznaczało jeszcze więcej teorii niż praktyki, bo do tej pory moje eksperymenty bazowały na luźnym łączeniu składników o podobnych właściwościach w celu wzmocnienia lub osłabienia efektu. Utrwalacze robiły swoje, ale chciałem stworzyć coś własnego, przerabianie cudzych mikstur nie było ani trochę już zajmującą dziedziną. A tak? Dobrać składniki, zdecydować o przeznaczeniu eliksiru, powoli dobierać poprawki, aby uzyskać jak najodpowiedniejszy skład. To wszystko było przede mną i nie mogłem się doczekać, żeby w spokoju spróbować. A może nawet dać się ponieść i jednak nadchodzący sukces pozostawić wyłącznie ślepemu losowi?
Kto wie. 
I właśnie wtedy lunął deszcz. Wychyliłem się zza drzewa, spoglądając na rozglądającą się znajomą twarz, która jeszcze niedawno prawie nie miała nigdy wrócić. Mieliśmy jednak pewne niedokończone sprawy, zwłaszcza po akcji z przerzucaniem do ściany, więc tylko podniosłem się, złapałem ją za rękę i zaciągnąłem w stronę pracowni alchemicznej.
— Musimy pogadać. — Tak, wtedy użyliśmy tych samych słów, co aż bolało. 

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Heather znaczy Sarah [0]

Nadchodził dzień sądu ostatecznego, czyli szkolny pielegniarz przydybał się w końcu do profesorskiego pomieszczenia i radośnie ogłosił, że jak Mińsk nie weźmie się za siebie, to organizm mu tak czy siak wysiądzie w ciągu następnych pięciu lat. Z oburzeniem zauważył, że dyrektor pochłania nieustannie ilość alkoholu, która byłaby w stanie powalić słonia
— Ale że na dietę? — spytał z niedowierzaniem dyrektor, siedząc niepewnie na swojej ulubionej, zielonej kanapie. Nie myślałam nigdy, że usłyszę go, gdy będzie brzmiał na tak zszokowanego. — Ale że fajek zero? Alkoholu też? Że nawet łyczka whiskey dobrej o poranku? — kontynuował dalej, wpatrując się z niedowierzaniem w pielęgniarza. — Ty, Tymon, ty chyba sobie jaja robisz, to przecież uwłacza mojej godności, czy ty myślisz, że ja zdzierżę te bachory przez cały rok szkolny, będąc trzeźwym? — Parsknęłam śmiechem, zastanawiając się, czy to już ten moment, kiedy powinnam się ulotnić. — Tam są drzwi, Williams. — Goniona kłótnią lekarza z pacjentem zawinęłam się z dyrektorskiego gabinetu, zabierając po drodze torbę z moimi rzeczami. Przełożyłam ją przez ramię i wyszłam na duszne, nieco bardziej jesienne niż letnie powietrze. Zdecydowanie zbierało się od kilku dni na burzę stulecia, choć wysokie temperatury nadal miziały nas wystarczającą dawką cierpła, żeby dało się wyczuć lato krążące w powietrzu. Wyszłam na zewnątrz, zmierzając w kierunku akademika, gdy nagle lunęło jak z cebra.
Cudownie. Rozejrzałam się wokoło, znikąd pomocy, no to czekał mnie bieg.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis